przejdź do Sochaczew.pl

Wspomnienia z lat wojny

A A A

Od 15 lat Pedagogiczna Biblioteka Wojewódzka im. KEN w Warszawie Filia w Sochaczewie organizuje konkurs "Wydajemy własną książkę". W tym roku wiodącym tematem prac miały być słowa „Zaczęło się na dworcu w Sochaczewie". Od lat „Ziemia Sochaczewska” jest zapraszana przez bibliotekę do oceny złożonych prac, za co serdecznie dziękujemy. Zawsze na konkurs wpływa mnóstwo bardzo ciekawych, dopracowanych w szczegółach, fascynujących książek, jednak w tym roku szczególna okazała się jedna z nich pt. „Zaczęło się na dworcu w Sochaczewie” napisana przez uczennicę siódmej klasy Szkoły Podstawowej nr 6 Judytę Stępińską (w swojej kategorii wiekowej zajęła I miejsce).

Zachwyciła nas z kilku powodów. Po pierwsze autorka nie poszła w kierunku fantazji, lecz znacznie trudniejszej sztuki – postanowiła przelać na papier wspomnienia swojej prababci. Po drugie książka bezpośrednio dotyczy Sochaczewa. Czytając ją przechodzimy w myślach z jednego do drugiego znanego nam miejsca, czujemy się niemal świadkami opisywanych zdarzeń. Po trzecie wspomnienia prababci obejmują lata wojny, od jej wybuchu, przez Bitwę nad Bzurą, aż po wejście do miasta Armii Czerwonej. A warto przypomnieć, że w tym roku mija równo 80 lat od niemieckiej napaści, krwawych walk nad Bzurą i wkroczenia do Polski drugiego najeźdźcy ze wschodu. 

Z tych trzech powodów, w ramach dodatkowej nagrody dla Judyty Stępińskiej, postanowiliśmy książkę opublikować w całości, i robimy to z nieukrywaną radością licząc, że zachęcimy w ten sposób innych do podjęcia się trudu spisania opowieści snutych przy rodzinnym stole przez dziadków i pradziadków. Niestety, z każdym dniem odchodzą kolejni świadkowie II wojny światowej. Za kilkanaście lat pozostaną po nich tylko takie, zanotowane przez rodzinę wspomnienia i pożółkłe zdjęcia. 

Czy wspomnienia można potraktować jak materiał historyczny? Na pewno nie, bo pamięć ludzka jest ulotna. Potraktujmy to jako materiał do przemyślenia, jak żyło się w mieście zaledwie kilka dekad temu, z czym zmagali się nasi bliscy, jaki koszmar wojny noszą w sobie do dziś. Zachęcamy do lektury….

Daniel Wachowski

red. nacz. Ziemi Sochaczewskiej 




Judyta Stępińska

Zaczęło się na dworcu w Sochaczewie...

Wspomnienia prababciSochaczew 2019


Wspomnienia Barbary Sieroty (z domu Karwaszewskiej) spisała prawnuczka, Judyta Stępińska.


Spis treści:

Pierwsze lata wojny

Praca Marii

Basia w Łowiczu

Komunia

Koniec wojny

Epilog



Pierwsze lata wojny

Dworzec kolejowy to miejsce smutnych pożegnań, radosnych powitań. W tym miejscu ludzie zaczynają podróż do pracy, szkoły, na wakacje, w odwiedziny do babci i dziadka. I to właśnie na stacji kolejowej w Sochaczewie, w lipcu 1939 roku, siedziała przy nieistniejących już komórkach mała, sześcioletnia dziewczynka - moja prababcia. Ubrana była w białą, bawełnianą sukienkę oraz skórzane buty po starszej siostrze. Miała niebiesko-zielone oczy, jasną karnację oraz blond włosy. Basia, bo tak brzmiało imię dziewczynki, próbowała ukryć płacz. Czekała, aż jej tata wróci z pracy. Powodem jej smutku było wezwanie do wojska dla Jakuba, ojca dziewczynki.

Basia wraz z całą siedmioosobową rodziną mieszkała w trzypiętrowej kamienicy (budynek ten istnieje do dzisiaj). Zajmowali mieszkanie na pierwszym piętrze, oprócz nich żyło tam jeszcze pięć rodzin. Jednak kartę do wojska otrzymał tylko jedyny żywiciel rodziny, Jakub - ojciec dziewczynki. Mama Basi, Maria, zakazała swoim dzieciom mówić o tym, ponieważ wiedziała, że mąż nie zje obiadu, jak się o tym dowie. Chciała poinformować go dopiero po posiłku. Kiedy przyjechał pociąg, wysiedli z niego podróżni, był wśród nich tata sześciolatki. Dochodząc do domu zauważył szlochającą córkę. Gdy nie uzyskał odpowiedzi od dziecka o powód łez, wszedł do domu z pytaniem:- Dlaczego ona płacze?- zapytał.- Nie wiem - odpowiedziała żona.- Pewnie dostałem kartę powołania do wojska - stwierdził.I tak jak myślała Marysia, Jakub nie zjadł obiadu.Były to trudne chwile dla rodziny, bo tata zarabiał na chleb, a dokładnie był murarzem. Budował kamienice w Warszawie. Pracując od wczesnej wiosny aż do późnej jesieni, zarabiał na utrzymanie rodziny.

Mama zajmowała się domem, jednak z biegiem czasu to się zmieniło.Sierpień zleciał im bardzo szybko - starszy brat i siostra Basi Jadwiga, przygotowywali się do szkoły. A ona ze starych tkanin robiła sobie lalki. Bawiła i zajmowała się młodszym rodzeństwem.Nadszedł wrzesień. Pierwszy dzień był słoneczny i ciepły. Maria kroiła wołowinę na obiad. Jadwiga, najstarsza siostra Basi, zaczęła czesać grube, długie blond włosy sześciolatki. Jerzy (najstarszy z rodzeństwa) spacerował wraz z siostrą Wiesią, która miała rok i osiem miesięcy.

Nagle usłyszeli potworny huk. W powietrze wzbiła się chmura pyłu. Okazało się, że w róg ich kamienicy trafiła bomba. Na szczęście dla jej lokatorów nie wybuchła. Moja prababcia mówi, że to był pierwszy pocisk, jaki Niemcy zrzucili na Sochaczew. Wszyscy zaczęli uciekać. Jej mama z Wiesią trzymaną pod pachą i nożem, który bezwiednie trzymała w ręku. Basia biegła z właścicielką sklepu mieszczącego się na parterze budynku, a pozostałe rodzeństwo dołączyło do biegnącej rodziny mieszkającej po sąsiedzku. Do końca dnia ukrywali się w przydrożnych rowach.W tym samym czasie oddział Jakuba walczył z siłami niemieckimi pod Wieluniem.

Tata Basi zginął 1 września 1939 roku około godziny 11. Rodzina dowiedziała się o tym dopiero w listopadzie, gdy do ich domu przyszedł jego przyjaciel z oddziału. Żołnierze jeszcze  podczas ćwiczeń w koszarach obiecali sobie, że w przypadku śmierci jednego z nich, drugi zawiadomi o tym zdarzeniu rodzinę.Zaczęła się II wojna światowa. Sześcioletnia dziewczynka wraz z najbliższymi przeprowadziła się do babci, która mieszkała w centrum Sochaczewa. Ich mama była umierająca. Dzieci zapłakane siedziały przy jej łóżku. Do domu przyjechał felczer, czyli osoba do świadczenia pomocy medycznej chorym. Moja prababcia mówi, że zaczął nacierać jej mamę jakimś lekarstwem. Po kilku dniach kuracji Maria prawie wyzdrowiała.

W Sochaczewie i w jego okolicach rozegrała się największa bitwa kampanii wrześniowej - bitwa nad Bzurą. Wiele miejsc, domów zostało zniszczonych podczas walk. Przez pierwsze dni tej bitwy Basia i jej rodzina nie opuściła miasta. Schronienie znaleźli w podziemnym tunelu znajdującym się w pobliżu zamku Książąt Mazowieckich, a kończącym na ulicy Traugutta. Dziadkowie mieszkali na podzamczu, położonym u stóp wzgórza, na którym znajdowały się ruiny zamku. Po pierwszej wojnie światowej teren ten zamieszkiwali sochaczewianie, których domy zostały zniszczone podczas walk. Osiedlali się tu, budowali prowizoryczne domostwa z cegieł pochodzących z zamku. 

Gdy skończyło się bombardowanie, Basia wraz z mamą, rodzeństwem i babcią wyjechała do Strugi - małej wioski znajdującej się w pobliżu Sochaczewa. Dziadek pozostał w mieście, aby pilnować dobytku. Walki o Sochaczew były bardzo krwawe. Gdy starszy pan szedł po wodę, przypadkowy pocisk przeszył mu kark. Tak zginęła kolejna, najbliższa Basi osoba. Cała rodzina była zdruzgotana, ponieważ dziadek po odejściu ojca był opiekunem, głową rodziny. Krótko po tym zdarzeniu Maria dostała mieszkanie w "barakach" znajdujących się naprzeciwko kościoła. Były tam mieszkania w stanie surowym - bez podłóg, na pięć osób były tylko dwa jednoosobowe łóżka. W małej kuchni mieścił się piecyk, dzięki któremu w pomieszczeniu było odrobinę cieplej niż na zewnątrz. W domu panował głód. Dzieci płakały, a mama brała je na dwór, aby nie myślały o braku jedzenia. Marii udało się umieścić dwójkę dzieci, Basię i Jadwigę, na półkoloniach, które przynajmniej na chwilę pozwalały znajdującym się tam dzieciom zapomnieć o otaczającej rzeczywistości - dostawały posiłek (zupę), leżakowały, po czym wracały do domu. 

W 1942 roku do rodziny przyszedł brat mamy i zaproponował mieszkanie na ul. Warszawskiej. Bez chwili zastanowienia zgodzili się. Nie chcieli dłużej mieszkać w dotychczasowym miejscu. Po kilku tygodniach Basia, aby zdobyć jedzenie, chodziła do właścicielki sklepu i tam sprzątała. Dziewczynka myła podłogi, ogromną trudność sprawiało jej wyżęcie szmaty. Dziewięciolatka starała się dokładnie wykonywać swoją pracę.W tym samym czasie Jerzy chodził wczesnym rankiem zbierać węgiel, który wypadał z przejeżdżających przez stację w Sochaczewie pociągów. Czasami wybierał go ze stojących na bocznicach wagonów, ryzykując spotkanie ze strażnikami. Przez kilka miesięcy wracał szczęśliwie z ,,pracy", lecz pewnego dnia to się zmieniło. Kiedy Maria obudziła się, zobaczyła, że jej syn jeszcze nie wrócił ze stacji kolejowej. Zaczęła się wtedy bardzo martwić o niego, chodziła do okna, wypatrując go. Dopiero po kilku godzinach, kiedy siedziała smutna przy stole, usłyszała ciężkie kroki na schodach. W drzwiach stanął zakrwawiony Jerzy. Niestety tym razem został złapany i dotkliwie pobity przez strażników. To wydarzenie wpłynęło na czternastoletniego chłopca. Podjął decyzję o dobrowolnym zgłoszeniu się na roboty do Niemiec. Kilka tygodni później rozpoczął pracę w fabryce we Wrocławiu. Tam zastał go koniec wojny.


Praca Marii

Sytuacja rodziny w miarę upływu czasu pogarszała się. Skromne zapasy jedzenia skończyły się. Mama, babcia, dzieci usiadływ kuchni i zaczęły płakać. Nie wiedzieli, jak zdobyć pieniądze na jedzenie. Maria załamała się, nie wierzyła w żaden cud. Mówiła:- Teraz to już wszyscy pomrzemy z głodu. - Łkanie i rozmowy usłyszała sąsiadka z góry. Przyszła do rodziny.-  Co się stało Marysiu? Dlaczego wszyscy płaczecie? -  Właśnie obrałam ostatnie ziemniaki i nie mam czym ich zasypać. To nasz ostatni posiłek. Nic więcej nie zostało.

W dalszej rozmowie przedstawiła sytuację w rodzinie. Sąsiadka zaproponowała pomoc - pracę u "żandarmów". Ponieważ robili oni remont w jednej z kamienic, potrzebna była sprzątaczka. Sąsiadka już u nich pracowała. Była kucharką. Maria zgodziła się. Do jej codziennych obowiązków należało głównie dokarmianie więźniów, sprzątanie po przesłuchaniach, palenie w piecu, wnoszenie węgla z piwnicy.  W piwnicy budynku znajdowały się cele. Znajdowali się w nich dotkliwie pobici oraz przywiązani łańcuchami do ścian ludzie. Maria musiała przynosić im suchy chleb i wodę. Mimo ogromnego ryzyka zawsze posmarowała smalcem pieczywo, a zamiast wody dawała herbatę. Przez kraty podawała papierosy. Bardzo się narażała, wiedziała, na co stać granatowych policjantów.Jednak dobro uczynione innym wraca z podwójną mocą.

Już po wojnie jeden z ocalałych więźniów odnalazł Marię i w dowód ogromnej wdzięczności przywiózł całej rodzinie kilkanaście worków z ziemniakami, mąkę i podroby mięsne. Na co dzień Maria spotykała w pracy żandarmów. Mimo że byli to bardzo okrutni ludzie, niektórzy z nich okazywali drobne przejawy człowieczeństwa. Jeden dawał Marii perfumy, czekoladę, żeby obdarowała dzieci.  Chyba było mu jej szkoda. Żandarmi zdobywali jedzenie od przesłuchiwanych osób. W stolicy panował głód. Jej mieszkańcy przyjeżdżali koleją do Sochaczewa i kupowali w okolicznych gospodarstwach mąkę oraz mleko i zawozili do stolicy. Było to karane. Funkcjonariusze sprawdzając bilety, przyglądali się ludziom, jak widzieli coś podejrzanego, to przeszukiwali ich. Zazwyczaj żandarmi zabierali znalezione jedzenie.Marii coraz ciężej było pracować. Gdy wracała do domu, była załamana: trudno było wytrzymać psychicznie tak wielkie okrucieństwo. Przerastał ją widok pobitych, zakrwawionych ludzi, którzy nie mogą podnieść ręki. To było coś strasznego. Wiedziała, że nie da rady dłużej, lecz musi wytrzymać, aby nakarmić dzieci. Po sześciu miesiącach ciężkiej pracy musiała jednak z niej odejść. 

Basia w Łowiczu

Teraz obowiązek utrzymania rodziny spoczął na naszej bohaterce - Basi. Był rok 1943. Dziewczynka miała 10 lat. Jeździła nocnym przejazdem do Łowicza. Czekała tam całą noc. Rano kupowała chleb i w Sochaczewie sprzedawała go, chodząc od domu do domu. Nikt z rodziny z nią nie jeździł. W tym czasie zdążyła zaprzyjaźnić się z osobami, które w taki sposób pracowały. Nie była sama, dużo dzieci chciało kupić pieczywo. Po wyjściu z pociągu młodzi ludzie biegli jedno przez drugie, aby być pierwszym w kolejce. Basia całą noc przesypiała na ławce na dworcu. Czasami rozmawiała z kobietą pracującą w dworcowym bufecie. Pewnego razu na wyprawę po chleb do Łowicza pojechała razem z Basią Jadzia - jej siostra. Gdy żandarmi sprawdzali metryki zauważyli, że siostra ma ciemne włosy. Od razu stwierdzili, że jest pochodzenia żydowskiego. Zabrali ją i prowadzili na rozstrzelanie. Basia zaczęła krzyczeć: * To moja siostra, proszę ją zostawić! Ona jest Polką, nie Żydówką!Zebrała się grupa gapiów. Pani bufetowa, która znała Basię, usłyszawszy, co się dzieje, podeszła do Niemców i zaczęła tłumaczyć, że ona zna Basię, a Jadzia to Polka. Puścili ją, lecz o mały włos, doszłoby do tragedii. Od tego czasu siostra już nie jeździła z dziewczynką.Czasami zdarzało się, że mała handlarka, aby uniknąć konfiskaty chleba w pociągu przez żandarmów, wracała pieszo z Łowicza. Szła wzdłuż torów z workiem chleba na plecach. Gdy po takim "spacerze" zobaczyła ją mama, rozpłakała się. Posadziła dziesięciolatkę na krześle, nalała ciepłej wody do miski i myła jej drobne, zmęczone nogi.

Komunia

Komunia to ważne wydarzenie w życiu większości dzieci. Moja prababcia też doświadczyła tego uczucia, jednak miejsce, sposób, strój różniły się od dzisiejszego wyobrażenia tego święta.  Ponieważ pod koniec wojny była duża bieda, każdy cieszył się z drobnego prezentu.Zacznijmy od początku. Najpierw tłum dzieci szedł do kościoła na mszę świętą i przyjmował komunię. Następnie każdy rozchodził się do swoich domów na wspólne z rodziną świętowanie tego wydarzenia.Basia była ubrana w białą sukienkę, co prawda używaną, ale dziewczynka czuła się w niej jak księżniczka. Dostała ją od swojego ojca chrzestnego. Matka chrzestna natomiast obdarowała ją nowymi sandałkami, które pięknie wyglądały na nóżkach Basi.Po nabożeństwie wróciła do domu z otrzymanym od księdza poświęconym chlebem. W domu wszyscy jej gratulowali, a chrzestny zabrał ją na skromny poczęstunek. Wszystko odbywało się w przydomowym ogrodzie. Nie było tam dużo osób: chrzestny z żoną i Basia. Zgromadzeni usiedli na kocu i otworzyli pudełko z ciastkami kupionymi w cukierni. Dziewczynka po raz pierwszy od kilku lat czuła się szczęśliwa. 

Koniec wojny

Zakończenie wojny prababcia pamięta jako oderwane od siebie obrazy. Obraz Rosjan, którzy wkroczywszy do Sochaczewa, plądrowali i niszczyli wszystko, co napotkali na swojej drodze: sklepy, magazyny, budynki. Każdy z nich chciał stamtąd coś wynieść. Po przejściu frontu niektórzy mieszkańcy Sochaczewa szabrowali porzucone mienie, żeby później móc je sprzedać i na tym zarobić. Wśród przeszukujących ruiny była też Basia. Szukała pojemnika na atrament. Znalazła go. Następne wydarzenie, które zapamiętała, to leżące martwe osoby na ulicy Warszawskiej. Pomiędzy zwłokami krążył mężczyzna z obcęgami i obcinał ludziom palce. Nic nie rozumiała. Dziewczynka po powróciła do domu zapytała: Mamo, dlaczego jakiś pan chodzi po ulicy i obcina ludziom palce? Po to, aby sprzedać biżuterię, która się na tych palcach znajduje - wyjaśniła Maria.

W kolejnych dniach oddziały Armii Czerwonej przejeżdżały przez Sochaczew, mama i babcia zdawały sobie sprawę z grożącego dziewczynkom niebezpieczeństwa gwałtu. Jadwiga miała 15 lat, a Basia 12. Zabroniły im wychodzenia z domu. Gdy żołnierze dobijali się do ich mieszkania, drzwi otwierała babcia. Rosjanie dopytywali się o dziewczynki, lecz starsza pani mówiła:* U nas nie ma dziewoczek (1). My jesteśmy chorzy. Na szczęście żołnierze odchodzili. Basia w całym swoim życiu nie chodziła do szkoły. Jedyną formą edukacji, jakiej doświadczyła, były lekcje udzielane przez kobietę, która uciekła z Warszawy. Po powstaniu Niemcy na rozkaz Hitlera zrównali stolicę z ziemią. Nauczycielka przyjechała do Sochaczewa i nauczała dzieci, w tym Basię i jej rodzeństwo. Głównie uczyła ich pisać, czytać. W zamian za to dzieliła z nimi mieszkanie.


Epilog

W powojennej Polsce jednym z najważniejszych świąt był pierwszy maja. Dziewczynka, chcąc zarobić pieniądze, zaczęła sprzedawać lemoniadę na ulicy. Wspomina tą pracę najlepiej ze wszystkich, które wykonywała w całym swoim długim życiu. Maria natomiast znalazła pracę w domu dziecka, prała tam ubrania i pościel. Może nie były to najprzyjemniejsze czynności, ale cieszyła się, że może zarabiać na utrzymanie.Jerzy wciąż był we Wrocławiu, powoli zaczął myśleć o założeniu rodziny. Po czterech latach ożenił się i miał dzieci. Zamieszkał w Swarzędzu. Mimo dzielącej ich odległości, rodzina często się odwiedzała. Basia w wieku piętnastu lat została chrzestną jednego z dzieci Jerzego. Brat bardzo kochał swoją młodszą siostrę, najbardziej z całego rodzeństwa.Basia miała stoisko na rynku, prowadziła hotel i magiel, hodowała świnie, kury oraz kaczki. Na początku lat pięćdziesiątych XX wieku wyszła za mąż i urodziła trójkę wspaniałych dzieci. Oprócz tego jest dziś wspaniałą babcią i prababcią.

Poznając historię dzielnej Basi, ratującej od głodu swoją rodzinę, powinniśmy zatrzymać się i docenić nasze dzisiejsze wygodne życie. Powtórzyć za Wisławą Szymborską: "Tyle o sobie wiemy, ile nas sprawdzono". Nasza bohaterka egzamin z dobrego życia zdała celująco. Życie małej Basi nie było kolorowe, ale ona nie załamywała się, tylko szła przed siebie i próbowała naprawiać świat wszystkimi swoimi siłami.

1) Dziewoczka (ros.) - dziewczyna



kontakt
imię i nazwisko
adres e-mail
wiadomość